top of page
Szukaj

Dzień w Sugar Loaf


Kolejny weekend w mieście i po czterdziestogodzinnym siedzeniu w biurze nic tak nie zachwyca, jak cały dzień na łonie natury. Tym razem wybraliśmy się podbić “wielką” górę zwaną The Great Sugar Loaf, czyli część gór Wicklow na południu miasta niedaleko miasteczka Bray (de facto dzielnicy Dublina). Dzięki położeniu i stromym formom góra zwana w skrócie Sugarloaf wygląda na dużo wyższa, choć wznosi się zaledwie na 501 metrów nad poziomem morza.

Najpopularniejszym scenariuszem było by dotarcie do parkingu u podnóża górki samochodem. My jesteśmy podpięci pod komunikacje publiczną, nie widzimy na razie większego sensu posiadania własnego auta. Nasz plan w związku z tym wyglądał następująco: kolejką miejską czyli DART’tem do Greystones (30-35 min z centrum) i spacer na szczyt góry. GoogleMaps wszystko obliczył za nas, od stacji na samą gorę miało być 10 km. Powrót zaplanowaliśmy również o tym samym dystansie, wracając po drugiej stronie góry do stacji Bray skąd mieliśmy pociąg z powrotem do centrum.

⬆️trasa przykładowa; od szczytu mieliśmy przejść przez górę zamiast powrotu na główną drogę ⬆️


W Greystones można kupić prowiant na drogę, jeśli jest taka potrzeba. Jest tu mnóstwo fajnych kafejek, sklepików i supermarket. To jest natomiast ostatni moment, kiedy można coś kupić na drogę, później w zależności od wybranej drogi jest jeszcze tylko stacja paliw. Można tez się załapać na sezonowe przekąski, czyli niezliczone ilości jeżyn, które rosną praktycznie na każdym kroku, a sezon z jeżynami w Irlandii trwa aż do listopada. Nikt ich tu za bardzo nie zbiera, w sklepie z kolei za 100 g zapłacimy od €1.50 wzwyż i nie są to tak pyszne owoce jak te świeżo upolowane.

Mimo, że droga nie jest do końca przystosowana dla pieszych, podążało się nią dość przyjemnie. Ludzie byli tu przeważnie bardzo uprzejmi, co też było widać na drogach – kierowcy nigdzie się nie spieszyli i byli wyrozumiali wobec dwójki zdeterminowanych biurowych szczurków, którzy się wyrwali w teren.

Umilającą rzeczą była różnorodność zwierząt, spotkanych po drodze. Klasyczne owce irlandzkie, a może odmiana czarnej owcy czy prawdziwy górski baran? Każdy rodzaj da się spotkać pozwalając uchwycić moment rodem prosto z irlandzkiej pocztówki.


Po dotarciu na parking zrobiliśmy mały pit stop na wcześniej przygotowane przekąski. Tu nie ma żadnego sklepu czy budki z kawą z mlekiem roślinnym, nie ma także toalety. Widzieliśmy przynajmniej kilka osób udających się do najbliższego krzaka, każdy wie po co Przy parkingu jest tabelka informacyjna i stąd już tylko 3 km dzieliły nas od szczytu.

Zdaje się, że jest to idealne miejsce dla rodzin z dziećmi oraz ukochanym pupilem. Mimo, iż połowa drogi na szczyt to same kamienie i trzeba uważać zwłaszcza przy zejściu, żeby się po prostu nie poślizgnąć, każdy dawał tu sobie rade. Dzieciaki i psy wydawali się traktować wdzieranie się po kamieniach jako zabawę. A prawda jest taka, że na szczyt się wchodzi dość szybko mimo stromych, ale bardzo krótkich odcinków.



Nawiązując do codziennej motywacji na rutynowe życie, każda zdobyta góra, nawet mała, cieszy i daje poczucie spełnienia. Wypełniajmy zatem życie małymi i większymi „górkami” oby się cieszyć sukcesem czy sukcesikiem. Oby tak, jak ja na poniższym zdjęciu

Z samej góry podziwialiśmy Bray na północy, Greystones na południowym wschodzie oraz tyły słynnego Cliff Walk’u pomiędzy nimi; na zachodzie obserwowaliśmy kolejny teaser gór Wicklow, czyli część północno wschodnia największego w Irlandii parku narodowego. Przy dobrej pogodzie zobaczyć można miasto aż do Sandymount położonego 15 km od Sugarloaf, w tym dniu mieliśmy akurat szczęście.


A tutaj tyły słynnego cliff walk’u Greystones-Bray:

Zrobiliśmy kolejną przerwę na herbatkę na samym szczycie, kilka zdjęć i wydawało się nasz idealny plan dnia dochodził końca. Choć była jeszcze droga powrotna. Przed nami były kolejne 10 km we wrześniowym słońcu pośród pól wrzosu i niezliczonych pięknych widoków. Tym razem kierowaliśmy się na północ, w stronę Bray, gdzie mieliśmy kolejkę DART z powrotem do domu.

Po zejściu daliśmy nieco w prawo i po kolejnych 2-3 km miał być kolejny parking od strony drogi (R755). Bardzo szybko byliśmy sami na drodze. Podziwialiśmy naturę wokół siebie oraz docenialiśmy to, że w tak cudownym miejscu można być kompletnie samym. Internet i na szczycie i tutaj działał w najlepsze i trasa powrotna na mapie Google wyglądała dość prosto. Po węższej drodze usypanej białymi kamieniami zaczęła się przyjemna trawiasta szersza ścieżka. Tu można było nawet latać na bosaka. Po 20 minutach droga zaczęła się znów zwężać, a po kolejnych 20 co chwilę musieliśmy decydować, w która stronę iść na widelcu. A przecież miało być tylko cały czas w prawo… Odbijając na ile to możliwe w prawą stronę włóczyliśmy się wśród paproci, które najpierw sięgały kostki, a za chwile dochodziły ramion. Czując, że nie do końca zmierzamy w dobrym kierunku, wracaliśmy co chwile na większe odcinki ścieżki, próbując kolejna kombinację skrętów. Ale kiedy oboje wylądowaliśmy w błocie po kolano, stało się jasne, że zabłądziliśmy.

Cóż na to mapa? Owszem, pokazywała, że jesteśmy ciut za bardzo po lewej stronie, ale drogi na prawo po prostu nie było, ile nie szukaliśmy. Zamiast tego zarośli paproci nie do przejścia. Poza tym nawigacja nie odbierała sygnału od konkretnego miejsca, w którym znajdowaliśmy się, tylko pokazywała trasę od najbliższej drogi głównej, która wydawała się być bardzo blisko, a jednocześnie nie do końca było wiadomo, jak się do niej dostać. W pewnym momencie pomyślałam sobie o zapadającej nocy, krowach zamieniających się w wilków i nasza dwójkę… Ale aloha, to dopiero było późne popołudnie, do zachodu słońca mieliśmy jeszcze kilka godzin. Zdecydowaliśmy się zbadać dwie kolejne dróżki, mimo iż prowadziły w zupełnie innym kierunku, bo na zachód zamiast wschodu. Jeśli by to się nie udało, stwierdziliśmy, że będziemy wspinać się z powrotem w gorę i wracać od strony Greystones, gdzie trasa jest bardzo klarowna i nie sposób jest się zgubić, poza tym dopiero stamtąd przyszliśmy. Jedyne, co przerażało, to to, ze ponad 15 km już było za nami i co tu dużo ukrywać, byliśmy już troszkę zmęczeni.

Droga, którą w końcu szliśmy, wydawała się użytkową, było nawet widać ślady od opon samochodu. Nadzieja! Przecież nigdy nie umiera. Idąc w przeciwnym kierunku zdawaliśmy sobie sprawę, że gdzieś trzeba będzie jednak odbić w prawo. Słyszeliśmy, że idziemy niemalże równolegle z główną trasą, ale zupełnie jej nie było widać, oddzielały nas ogrodzone tereny i oczy jedzących trawę krów. Za chwile zobaczyliśmy solidną ścieżkę w potrzebnym dla nas kierunku. Yes! Podążaliśmy nią z powracającym na twarzy uśmiechem. Nie na długo, bo po kilkunastu minutach natknęliśmy się na kolejne ogrodzenie… Tyle było powrotów i skrętów, że tym razem postanowiliśmy zagrać przeciwko regułom prawidłowego zachowania. Przeleźliśmy przez ogrodzenie i boom, czułam się jak dziecko polujące na sąsiedzkie truskawki. Oby nie było tu psów, wściekłych byków czy niezadowolonego gospodarza (a może w odwrotnej kolejności?). Cichutko zeszliśmy w dół, gdzie zobaczyliśmy w końcu drogę! Kolejne ogrodzenie, kolejne łamanie reguł i niezauważeni opuściliśmy nasz irlandzki trójkąt bermudzki.


Mieliśmy tylko jakieś 1.5 godziny do stacji kolejowej! Tak, jeszcze tylko 8 km… Droga, którą szliśmy, nie miała pobocza ani miejsca dla pieszych. Łeb w łeb z samochodami, ostrożnie, ale szybko podążaliśmy tą drogą (R755).

Już za „Geoffrey Healy Pottery” skręciliśmy w „wiejską” drogę Rocky Valley Road i w końcu wytchnęliśmy z ulgą. Najbliższe okolicy poza Dublinem ciężko nazwać wioską, bo są to jedne z najbardziej prestiżowych miejsc do zamieszkania: widoki gór oraz morza, niekończące się ogrody, tereny pozwalające na budowę milionowych rezydencji. Po chwili zatrzymaliśmy się na rozmowę z jednym z mieszkańców takiej willi, dziadkiem, który widząc „nietutejszych” wyszedł z wnukiem na typowy irlandzki chat. Irlandczycy uwielbiają small talk! Nigdzie się tak nie nagadasz, jak w Irlandii. Taksówkarz opowie o mieście 20 lat temu, przechodni o czasach drugiej wojny światowej, a w sklepie pani chętnie zagubi się w temacie jej miłości do wina i czemu akurat go sprzedaje. Dla takiej gaduły jak ja, a raczej naszej pary gaduł, jest to idealne miejsce.

zdjęcia dziadkowi nie śmiałam zrobić, ale jakiego mieli psa!

Dziadek z niedowierzaniem słuchał, że zmierzamy w stronę Bray akurat tą drogą; według niego mieliśmy podążać główną drogą i w ogóle doczekać się autobusu (nota bene w mieście autobusy rzadko kiedy są o czasie, więc nie było co ryzykować czekania na autobus na obrzeżach). Poza tym, chcieliśmy zamknąć zaplanowane Greystones-Bray koło! Przyznaliśmy się naszym przypadkowym rozmówcom, że właśnie musieliśmy przekroczyć teren prywatny i że czujemy się z tym bardzo źle. Na co dziadek milioner rzekł: „A złapano Was?” „No nie” – odpowiedzieliśmy, „No to czym się przejmujecie!?”

Potwierdzając drogę oraz zapamiętując rekomendację na najlepszy pub w Bray, ruszyliśmy dalej. Przechodziliśmy przez kolejne zarośli jeżyn, pola z owcami i wszystkimi odcieniami zieleni. Na tamtą chwilę, poziom satysfakcji z podroży był już osiągnięty. Po przekonaniu męża, który późnił się na mecz piłki nożnej, ostatnie 3 km faktycznie przejechaliśmy autobusem, który o dziwo szybko przyjechał.

Wkroczyliśmy do Harbor Pub 5 minut od stacji DART w Bray zgodnie z rekomendacją i po pinc’ie Guinness’a byliśmy już w drodze do domu.

Cukrowa przygoda została zakończona, a może faktycznie trzeba było zostać tam na noc?



Efekt końcowy: zdobyta góra, błoto i 18 km. innymi słowy istne szczęście§


 
 
 

Comments


Post: Blog2_Post

©2020 by Belish Travel. Proudly created with Wix.com

bottom of page